Wieczór.
Chrzęst drzwi. Brodoziak wrócił z pracy.
Słychać tętent dzikich zwierząt (czytaj G.i A.lecą witać B.)
Zaplątana w płaty lasagni (lasani, lazani?) nie mogę dołączyć do komitetu powitalnego.
– A gdzie mama? – pyta B.
– W kuchni przecież – mówi G.

…” i ślubuję ci miłość, wierność oraz, że nie opuszczę kuchni aż do śmierci”…

Pozdrawiam
Kura

PS Nie musicie  mnie za bardzo żałować, bo na ogół lubię “siedzieć” w kuchni 🙂 Ale trochę możecie. 🙂